Czy jestem dietetykiem i jak doszłam do tego, że nie :)

Podziel się

Wybór zawodu nigdy nie jest przypadkowy. Zawsze stoi za nim historia osobista, historia rodzinna, traumy, konflikty, mechanizmy obronne, pociąg do czegoś, opór, także wobec postaw rodziców, ale niekiedy także wobec własnych potrzeb (SIC!), chęć udowodnienia czegoś, ale także pustka, poczucie beznadziei, niezrealizowane potrzeby i nadzieja, że kiedyś dostarczymy sobie w końcu tego, czego tak bardzo pragniemy.

Moja (jak mi się wydawało) pasja związana z dietetyką i rozumianym popularnie zdrowym odżywianiem, też ma głębokie korzenie. Wydawało mi się, że gdy tylko zrozumiem wszelkie niuanse dostarczania sobie składników odżywczych – osiągnę spokój, szczęście i dobrostan. A że z natury jestem „dawcą” – postanowiłam iść w to, co jak mi się wydawało, odkryłam, i pokazywać innym, którędy iść, aby osiągnąć szczęście. Szkoda tylko, że towarzyszyły mi wtedy jeszcze próby upraszczania świata i zbyt wiele rzeczy widziałam czarno-biało… Spokoju oczywiście nie osiągnęłam…

To rzecz jasna nie znaczy, że osoba, która zajmuje się tylko dietetyką i poza nią nie wykracza, zatrzymała się w rozwoju, czy coś… jestem bardzo daleko od takiego stwierdzenia. Uważam, że taka osoba w dietetyce znalazła to, czego szukała, a zapewne może szukała czegoś innego niż ja :) To co jest kluczem do szczęścia, to słuchanie siebie.

Ja również siebie posłuchałam. I nie zatrzymałam się na próbach bilansowania posiłków. W ogóle w jakiś dziwny sposób mnie od tego odrzucało… Jednak idąc dalej często miałam uczucie błądzenia. Wszystko, co robiłam interesowało mnie na równi, wszystko, w co wchodziłam, wchodziłam z sercem. Czasem aż to serce bywało przeciążone… Ale jednak wciąż miałam wrażenie, że brakuje jakiegoś niezwykle ważnego elementu, który pozwoli mi zobaczyć całość… Wciąż szukałam, idąc w bardzo różne obszary, dając się prowadzić zarówno pasji, fascynacjom, ale też wypaleniu, lękom i niepewności.

W ogóle moja dorosła droga edukacyjna zaczęła się w zasadzie od ogromnego ciężaru niepewności… Ostatecznie… rzuciłam monetą. TAK, rzuciłam monetą, bo nie mogłam się zdecydować z czego zdawać maturę, a byłam ostatnią osobą w klasie bez deklaracji i już nawet byłam na dywaniku ;) Miałam dwa typy z różnych bajek i naprawdę nie wiedziałam, którędy iść… Postanowiłam więc rzucić monetą (dwuzłotówka). Podświadomie chciałam, żeby wypadł orzeł. Wypadła reszka. Odwróciłam na orła i stwierdziłam, że to jest prawdziwy wynik ;) Naprawdę :D I poszłam za tym. 

Dostałam się na studia, na które chciałam, wysoko na liście, zaangażowałam się w nie i skończyłam z wyróżnieniem. Potem na pokrewnym kierunku zrobiłam jeszcze podyplomówkę. I to było prawdziwe, autentyczne i z serca. Aczkolwiek teraz już wiem, skąd to parcie na tego nieszczęsnego orła. Wiem, skąd akurat te konkretne studia, te zainteresowania, ta pasja i w końcu te specjalizacje i nawet ten temat pracy magisterskiej. Ten orzeł był mi wtedy bardzo potrzebny, żeby załatać moją bardzo dużą pustkę emocjonalną. I nie miałam w sobie siły, żeby wtedy pójść za reszką. Najzwyczajniej w świecie zanegowałam, choć z perspektywy, gdybym poszła za reszką, znacznie szybciej znalazłabym się tu, gdzie jestem teraz.

Ale to oczywiście nie znaczy, że żałuję. Wręcz przeciwnie. To była moja osobista droga. Musiałam spotkać się z pasją, która, jak się okazało, wcale nie była pasją, ale tak czy inaczej była czymś szalenie ważnym w moim życiu. Myślę, że po to, żeby wydobyć ze mnie to, co potem pozwoliło mi realizować się tam, gdzie pragnę się realizować.

To, czego nauczyłam się na studiach, kogo poznałam – ukształtowało mnie, pokazało moje mocne strony, pozwoliło odkryć kilka pasji, uwarunkowań, ale też pewną historię rodzinną… rozwijałam też moją pasję pisarską (która potem rzuciła mnie do IT – tym sposobem z aktywnej użytkowniczki worda i painta stałam się samowystarczalną samospecjalistką i sama postawiłam dwa blogi i ogarnęłam ich SEO i parę technicznych drobiazgów. I jestem z tego dumna :)

Ale jednak to reszka wypadła. Gdybym wybrała ją od razu – nie wiem, na jakich studiach bym skończyła (choć się domyślam), ale reszką była matura z biologii. Ta pasja zawsze odbijała mi się czkawką, od dzieciństwa – muszle, ślimaki, rozpoznawanie roślin funkcjonowanie człowieka… Najlepsza książka z dzieciństwa – o dojrzewaniu i przebiegu ciąży, a druga – Encyklopedia dla dzieci ;) Ta pasja przestała mi mieszać w momencie, w którym do niej powróciłam – ukłoniłam się jej i ją uznałam jako część siebie. Dopiero to pozwoliło mi ruszyć z miejsca.

A powróciłam niejako przypadkiem, a to dlatego, że zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem. Nagle nauczyłam się tyle, ze matura poszłaby lekko. No może poza przemianą pokoleniową paprotników (choć i to do mnie przyszło, gdy trzeba było dziecku wyjaśnić – po x latach w końcu sama zrozumiałam ;)).

Wtedy dowiedziałam się wielu fascynujących rzeczy o naturze, środowisku, ich wpływom na człowieka, sięgnęłam po książki z Wydziału Lekarskiego… Zrozumiałam też, czym są biologiczne podstawy psychologii. Trafiłam też na warsztaty, które zmieniły moje postrzeganie samej siebie i w ogóle zmieniły moją koncepcję zdrowia i drogi do zdrowia.

Uczucie, z którym wtedy sobie nie umiałam poradzić, to poczucie straconego czasu, niemożność wybaczenia sobie „złego wyboru”. Znów próbowałam narysować jasną, konkretną granicę – zdajesz maturę z tego, albo z tego. Koniec. Nie ma, że mieszasz. Nie miałam wówczas możliwości pójść na kolejne studia. Ani na dietetykę, która cały czas tłukła mi się po głowie (i od której jednocześnie mnie odrzucało), ani na biologię, o medycynie w ogóle mowy nie było…

Było wtedy jeszcze jedno uczucie. GORSZOŚCI. Bo oni skończyli dietetykę. Mają papier. Machają mi tym papierem przed nosem i mówią, że ja jestem „nielegalna”, że tak zwanego ch*ja wiem po kursach, mimo, że nie wiedzą, co robię, co wiem, ile mi z tej dietetyki potrzeba, jakie mam aspiracje i czego poszukuję. I jakoś nie umiałam spojrzeć na to z innej strony – skoro są przeszkody z pójściem na studia – to nie moja droga.

I Bogu dzięki – dzieje się to, co ma się zadziać. I to jest piękne :) Poza tym – ja skończyłam swoje studia z wyróżnieniem, a mam kolegów i koleżanki, którzy koło średniej 4.0 nie stali, a wiedzą i pasją powalali i powalają mnie na kolana mimo tego, że to ja mam dyplom „z czerwonym paskiem”. Czy papier coś definiuje? Tak, pytanie co, kiedy i dla kogo. Dla mnie nie to, co myślałam kiedyś. I w końcu jestem wolna.

Poza tym sądzę, że gdybym od razu wybrała reszkę – nie umiałabym Wam w tak lekki przyjemny dla siebie sposób przekazywać swojej wiedzy :) A kluczem do tego, że chętnie mnie czytacie i słuchacie jest właśnie ta lekkość i pociąg do natury ludzkiej. Jest we mnie nutka humanistki. Humanistki w sensie licealnym (poloniści, historycy, „sztukolodzy”, kulturoznawcy…) – taaak, na pewno :) Ale i humanistki w sensie renesansowym, czemu też dały wyraz moje studia – a renesansowy humanizm koncentrował się na człowieku, sprawach bliskich jego życiu, wszystkim, co było z nim związane. I tu może czas na opisanie kolejnego etapu mojej drogi… 

Po czasie złości na stracony czas i wyparcia tego mojego kawałka osoby kochającej sztukę, kulturę, teatr, operę, to, co wrażliwe dusze próbują przekazać na swój sposób… ten kawałek odezwał się ze zdwojoną siłą. Znowu coś próbowałam usunąć, a to domagało się uwagi!!! 

Znów przeżyłam bardzo duży kryzys… Kim ja jestem? Co jest dla mnie ważne? Czy to, co już umiem ma w ogóle jakieś znaczenie? Układałam kolejne diety, kolejne suplementacje, czytałam kolejne badania na Pubmedzie, „rzygałam” jadłospisami, przeżywałam ogromne konflikty motywacyjne… miałam kilka osób pod opieką na dłużej, ale częściej pojawiały się osoby z doskoku… może czuły moją pomieszaną energię…?

Pomagałam wciąż angażując się w pełni, ale zaangażowanie pożerało mnie coraz bardziej. Nie wiedziałam, czy ci ludzie mają motywację do wprowadzenia tej diety czy suplementacji, co się z nimi dalej działo… nie wracali. Może czuli we mnie niepewność własnej drogi?

Wtedy po raz pierwszy poczułam, że chcę swoich podopiecznych prowadzić w sposób procesowy (o czym piszę tu i tu), całościowy, holistyczny… Chcę mieć poczucie, że moja praca naprawdę przynosi ludziom coś, co zmieni ich życie i chciałam czuć się częścią tej zmiany.

Ale wciąż to było czarno białe… próbowałam podejścia procesowego w diecie, suplementacji, edukacji, opiece w różnych obszarach… nie mogłam pojąć, że sposób, w jaki próbuję znaleźć ten sens, w ogóle mnie do niego nie doprowadzi. Nie myślałam sercem, a myślałam schematami narzuconymi przez innych. Wciąż się bałam. Aż wreszcie pękło. I za tą sztywną ścianą była ogromna przestrzeń na elastyczność, na wolność, na KREATYWNOŚĆ.

Wtedy zaczęłam na nowo układać to co potrafię, co lubię, w czym czuję się dobrze, czego chcę się uczyć, jak chcę się dalej edukować, puściłam lejce swojej intuicji – przestałam ograniczać ją do medycyny czy naturoterapii, pozwoliłam ogarniać całokształt. Wtedy też spotkałam się też z czymś, co otworzyło mi oczy na to, czego zabrakło dotychczas. A zabrakło kluczowego złącza. Elementu, który połączy orła i reszkę. Elementu, który sprawi, że to, co robię, stanie się nie orłem i reszką, a jedną spójną monetą, której przecież nie przekroisz. 

MOJĄ MONETĄ JEST PSYCHOSOMATYKA.

Psychosomatyka, która łączy orła – humanizm, spojrzenie na człowieka jako na cud, oraz reszkę – to, jak człowiek funkcjonuje, jaka jest jego natura. PSYCHE I SOMA. Które przeplatają się niczym małżeńska wspólnota majątkowa. Nie ma, że garnek jest w połowie mój, a w połowie Twój. Obie połowy są jednocześnie moje i jednocześnie Twoje. Każdy atom jest wspólny. 

Bo emocja to reakcja fizjologiczna. Myśli i uczucia to chemia. Ale jest też to wyższe COŚ, co je spaja. Nie wiem, czym to jest DLA CIEBIE, ale mam uczucie, że tego dotykam, gdy rozmawiam z Tobą o Twoich przekonaniach, sposobie myślenia, reakcjach, mechanizmach obronnych, gdy pozwalam sobie iść za swoją intuicją. Tu jestem humanistką. Spotykam się wtedy Z TOBĄ. Z Twoimi pragnieniami, Twoim jestestwem, z Tobą jako CAŁOŚCIĄ. I pomagam Tobie spojrzeć na siebie w ten sam sposób.

Nie jesteś ciałem, nie jesteś duszą, nie jesteś emocją, nie jesteś tym co jesz, nie jesteś tym w co wierzysz. Jesteś SOBĄ. Koniec. Kropka. Chcesz wiedzieć kim jesteś? Popatrz na siebie. To tylko tyle i aż tyle. A ja jestem po to, aby pomóc Ci uszyć ten nowy sposób myślenia. I to nie będzie gładki jedwab. Zapomnij. To będzie skomplikowany patchwork z ciała, genów, środowiska, przeżyć, objawów, myśli, uczuć, mechanizmów obronnych, typu osobowości. Jedyny w swoim rodzaju. Ale igłę i tak trzymasz Ty. 

Dlatego nie jestem dietetykiem, nie tytułuję się tak, nie jestem psychodietetykiem, terapeutą, psychoterapeutą, nie jestem też coachem. Nie obchodzą mnie dyplomy i papierki, nie obchodzi mnie nazewnictwo metod, których używam, ani obszary, z których pochodzą. Wystarczy, że są bezpieczne i w zgodzie z osobą, z którą pracuję. 

Nie czuję się też żadnym „psychosomatykiem”, konsultantem czegokolwiek ani naturopatą. Tytułuję się psychodietoterapeutą/naturoterapeutą. Dlaczego? Przyjęło się, że słowo naturo/dietoterapeuta zawiera w sobie komponent nie tylko dietetyczny, ale też medyczny – niech będzie. Wciąż dieta, suplementy i badania są obecne w mojej pracy. Ale przedrostek PSYCHO sugeruje obszar kluczowy w mojej pracy. Czy to nazwa adekwatna? Nie wiem. Chwilowo lepszej nie wymyśliłam. Ale chyba mi na tym nie zależy.

Zależy mi na tym, żeby stać się Twoją mentorką w Twoim Procesie Zdrowienia, bez względu na to, jak mnie nazwiesz (obyś tylko idąc za swoim nazewnictwem nie projektował/a na mnie swoich oczekiwań) i czy podejmiesz ze mną współpracę indywidualną, dołączysz do kursu, czy będziesz korzystać z bezpłatnych materiałów, które udostępniam :) Chcę się dzielić swoją wiedzą, doświadczeniem i procesami, które sama przeszłam, bo jak pisałam na początku, jestem z natury „dawcą”. Dawca daje to, co ma najcenniejsze :) Korzystaj :)

 

A jeśli chcesz porozmawiać ze mną o swoim Procesie Zdrowienia – zapraszam Cię na jednorazową godzinną rozmowę, podczas której:

– przeanalizuję Twoją sytuację zdrowotną – sprawdzimy, co się dzieje i dlaczego,
– pokażę, jakie kroki warto podjąć, abyś mogła/mógł poczuć się lepiej oraz wyjaśnię, jak Twoje objawy łączą się ze sobą, 
sprawdzę też, czy i jak mogę Ci w tym pomóc :) 

To, co jest ważne to to, że to, że jest to rozmowa niezobowiązująca, co oznacza, że nie musisz w jej wyniku podejmować ze mną współpracy – możesz po prostu skorzystać z tych wskazówek, które otrzymasz – i to jest dla mnie w 100% ok :) Jeśli natomiast rozpoczniemy współpracę – jej cena będzie niższa o cenę tej rozmowy :) Zapisać możesz się TUTAJ :)

naczyniapolaczone@wp.pl